W lutym 1945 roku jako 17-letni chłopiec zostałem powołany do służby wojskowej. Podczas walk o Berlin zostałem ranny i trafiłem do niewoli. Po półtorarocznym pobycie w miejscowości Sagen zostaliśmy przetransportowani (było nas około 300 więźniów) nocą 5 grudnia 1945 roku pociągami do Łowicza. Stamtąd droga moja prowadziła kolejno do rozbudowywanego lotniska w Radomiu, Wilczego Szańca oraz na lotniska Okęcie w Warszawie.

Jako więzień wojenny pracowałem w Wilczym Szańcu od stycznia do połowy maja 1947 r. Zakwaterowano nas, razem 25 osób, w jednym z domów w centrum Rastenburga/Kętrzyna. Byliśmy ulokowani nas w trzech pomieszczeniach, w których poza piętrowymi drewnianymi łóżkami, nie było innych mebli.

Na wyjście do miasta nie było czasu: rankiem do pracy, wieczorem z powrotem. W przeciwieństwie do mego pobytu w Warszawie, gdzie stale byliśmy szykanowani, bici i poniżani tutaj traktowano nas w sposób humanitarny.

Brakowało jednak żywności. Przeznaczone dla nas transporty z żywnością okradane były przez konwojujące osoby. Od czasu do czasu wyruszaliśmy w towarzystwie wartownika w teren, aby „zorganizowac” coś do jedzenia. -Pewnego dnia udało się nam zdobyć tylną część konia.

-Od niemieckich kobiet, które pracowały na dworcu przy przeładunku, otrzymaliśmy woreczek grochu. Na schodach naszego domu gościł często owczarek, bardzo możliwe, że wcześniej należał do właściciela tego domu. Został on przez nas schwytany na lasso i zabity, a z jego tłuszczu ugotowaliśmy gulasz - na każdą osobę po jednej chochli, swego rodzaju specjał na Święta Wielkanocne 1947 r.

-Na podwórzu naszego domu znajdowała pryzma obornika. Na nim pojawiały się przylatujące z sąsiedniego wzgórza wrony. Przywiązywaliśmy do sznurka kawałek chleba i kładliśmy go na oborniku. Wrony połykające chleb stawały się naszymi ofiarami: zabijaliśmy je i gotowaliśmy.

Każdego dnia wywożono nas trzema samochodami ciężarowymi do pracy w Wilczym Szańcu. Trasa prowadziła wzdłuż linii kolejowej, przez miejscowości Karolewo i Czerniki. Przy wjeździe do Wilczego Szańca znajdował się szlaban, przy którym nie było żadnego wartownika. Tuż przy szlabanie leżały 2 miny, podobno rozbrojone. Nikt nie wiedział i nie troszczył się, czy na terenie obiektu mogły się znajdować ładunki wybuchowe.

Około 300 metrów po minięciu szlabanu po lewej stronie znajdował się duży plac. Wokół placu stało dużo drewnianych baraków. Znajdowała się tam potężna betoniarka - nigdy w życiu nie widziałem tak dużej betoniarki! - od której odchodziły liczne długie rury. Przypuszczam, że tymi rurami pompowano zaprawę betonową do budowanych tu podczas wojny obiektów kwatery Hitlera. Praca nasza polegała na demontażu wszystkiego, co mogło być użyte do budowy lotniska w Warszawie. Na plac zwożono tłuczeń, piasek, szyny, platformy kolejowe i betoniarki. To wszystko należało załadować na rosyjskie samochody, odtransportować do Kętrzyna a stamtąd przeładować na wagony do Warszawy.

Będąc w Kętrzynie otrzymałem z domu dwie smutne wiadomości - jedna z nich dotyczyła śmierci mego 52-letniego ojca, a druga zamążpójścia mojej ukochanej dziewczyny - widocznie sądziła, że nie żyję. Muszę przyznać, że było mi bardzo smutno, czułem się kompletnie załamany.

Po wykonaniu zadania w Kętrzynie zostaliśmy odtransportowani do Warszawy, gdzie przydzielono nas do prac budowlanych przy lotnisku na Okęciu. Z niewoli wróciłem na początku maja 1947 roku.