Karolewo a Wilczy Szaniec

Od autora: Ośrodek opiekuńczy w Karolewie został założony w 1882 roku. Pacjentami zakładu - ludźmi umysłowo chorymi, dotkniętymi epilepsją, gruźlicą, chorobą alkoholową, fizyczną ułomnością a także młodzieżą trudną oraz bezdomnymi - opiekowali się diakoni oraz diakonisy Ewangelickiego Domu Miłosierdzia w Królewcu (Königsberger Mutterhaus der Barmherzigkeit). Z upływem lat popularność ośrodka rosła nie tylko w Prusach ale i w całych Niemczech. Ogólna ilość miejsc po 25 latach istnienia ośrodka wynosiła około 1500 osób. Dla potrzeb ośrodka został w roku 1900 zbudowany kościół, szpital z apteką, warsztaty oraz kilkanaście zabudowań gospodarskich. Zdolni do pracy pacjenci mogli pracować w gospodarstwie, które z upływem lat powiększyło się do 375 ha. Praca fizyczna wywierała ozdrowieńczy wpływ na psychiczne zdrowie pacjentów, a w okresie gospodarczego kryzysu w latach 1929/1932 stanowiła źródło dodatkowego dochodu. Opiekę nad zakładem od roku 1883 aż do końca jego istnienia sprawowała rodzina Dembowskich; ostatni z rodziny Heinz Dembowski kierował zakładem w latach 1923-1939. Za jego czasów ośrodek Karolewie osiągnął swój szczytowy rozwój. Ciekawostką jest, że już wówczas nadane zostały budynkom w Karolewie nazwy pochodzące od nazw drzew: „Linde” (lipa), „Eiche”(dąb), „Tanne” (jodła), „Fichte” (świerk), „Buche” (buk), „Birke” (brzoza) i inne.

Czarne chmury zawisły nad losem pacjentów wiosną 1939 roku, w chwili wszczętych przygotowań do II wojny światowej. Rozpętana przez Hitlera nagonka na przedstawicieli kościoła wyznaniowego (Bekennende Kirche) doprowadziła mimo usilnych starań Heinza Dembowskiego do likwidacji zakładu. Profesor Heinz Dembowski wspomina:

„6 marca 1939 roku pojawili się przedstawiciele Gestapo na posiedzeniu zarządu ośrodka i, nie podając żadnych powodów, oznajmili, że ośrodek jest rozwiązany. Powodów tej decyzji miały dostarczyć przeprowadzane w późniejszym czasie przesłuchania przedstawicieli zarządu ośrodka (lekarzy, pastorów, diakonów), rzekomo wrogo usposobionych do państwa niemieckiego. Mimo, że przesłuchania nie przyniosły oczekiwanych rezultatów, nasza interwencja w sprawie cofnięcia decyzji o likwidacji ośrodka okazała się daremna. Nasza rodzina musiała opuścić dom parafialny ś(stary internat „Pionier”, budynek naprzeciwko przystanku autobusowego, wyd.) i zamieszkać w jednym z domów, przeznaczonych dla lekarzy (blok „Kopernik”, prz. wyd.).

Zakład stał się własnością prowincji Prusy Wschodnie. Na początku drugiej wojny światowej większość dużych budynków zakładu została przejęta przez Wehrmacht. Urządzono w nich szpital wojskowy, który istniał do zakończenia wojny. Pacjenci zostali stłoczeni w pozostałych mniejszych budynkach ośrodka, które sukcesywnie opróżniano w ciągu roku 1940. Część z nich została wywieziona do innych państwowych zakładów, - ich los jest trudny do ustalenia. Pozostali, jak wykazały późniejsze ślady, zostali uśmierceni w ramach eutanazji. Przypominam, że pewnego letniego poranka 1940 roku widziałem wagony na bocznicy kolejowej stacji w Karolewie, które odjechały w godzinach popołudniowych po moim powrocie ze szkoły. Tymi wagonami wywieziono ‘naszych’ pacjentów. Do moich rodziców i naszych znajomych docierały później pogłoski, że nasi pacjenci zmarli z „powodu infekcji”. -Po wojnie jeden z moich kolegów natrafił przypadkowo w Bonn na pewną służbową notatkę, z której wynikało, że pacjenci karolewskiego ośrodka zostali wywiezieni do Polski i rozstrzelani tego samego dnia na jakichś bagiennych terenach.

Opuszczone przez pacjentów budynki stały na początku puste. Na przełomie lat 1940/41 (dokładnej daty nie pamiętam) zobaczyłem na kętrzyńskim dworcu fabryczny szyld Chemicznych Zakładów Askania. Taki szyldy widziano również na budowach lasu kętrzyńskiego, prowadzonych przez organizacje Todta, która przy karolewskiej stacji kolejowej posiadała skład materiałów budowlanych.

Opuszczone przez pacjentów budynki zostały w tym czasie przejęte przez stacjonującą w Karolewie dużą jednostkę żołnierzy SS, gwardii przybocznej Hitlera (Leibstandarte Adolf Hitler der Waffen SS). Duża kolumna samochodów osobowych, należących do tej jednostki, stała w pobliżu kościoła. Od czasu do czasu urządzano wojskowe defilady, które odbywały się na ulicy obok naszego domu. Komendant oddziału przybocznego Hitlera zajmował od lata 1942 roku pomieszczenie nad naszym mieszkaniem ś(blok Kopernik, wyd.).

Po napaści na Związek Radziecki mówiono: W kętrzyńskim lesie znajduje się Główna kwatera Hitlera. Moja młodsza siostra, Carla Risch, wspomina o tamtych latach:

„W Karolewie miałam wspaniałe warunki do zabaw: Codziennie hasaliśmy po stajniach, stodołach i polach. Na terenie położonym między naszym domem a stacją kolejową powstał potężny magazyn materiałów budowlanych. Traktowaliśmy go jako bardzo ciekawy, choć równie niebezpieczny plac zabaw. Składowano tam potężne stosy desek, rur, metalowych krat, szyn: wszystko to zachęcało do szaleństw na tym terenie. Wejście na teren magazynowanych materiałów było zabronione. Teren był jednak nie zawsze strzeżony. Wchodziliśmy tam aby wyszumieć się, gdy wartownicy opuszczali teren składu.

Wiedzieliśmy też, że w kętrzyńskim lesie powstaje jakiś obiekt wojskowy. Pamiętam, że powodując potężny hałas, często w godzinach wieczornych obok naszego domu przejeżdżała kolumna czołgów z Rastenburga (Kętrzyna) w kierunku Schwarzsteinu (Czernik), aby w godzinach porannych następnego dnia wrócić ponownie do miasta. Czołgi przejeżdżały nieregularnie, prawdopodobnie tylko wtedy, gdy Hitler urzędował w swojej kwaterze.

Ruch na linii kolejowej do Angerburga (Węgorzewa) został wstrzymany i zastąpiony połączeniem autobusowym. Przepełnionymi autobusami dojeżdżałam do szkoły, a gdy w autobusie brakowało miejsca udawałam się do miasta pieszo.

Niekiedy widziałam wartowników pilnujących kolei. Nasze doświadczenie podpowiadało, że jest to znak zbliżającego się kolejnego pociągu specjalnego, którego zawsze z niecierpliwością oczekiwaliśmy. Pamiętam, że pewnego razu mogliśmy zobaczyć uśmiechniętego i pozdrawiającego nas ręką Mussoliniego.”

Było wiadomo, że w Gierłoży urzędował Hitler: nie zdawaliśmy jednak sprawy z tego, co się tam działo! Przypominam, jak w moim domu żartowano: „Hitler wybrał sobie na siedzibę największe siedlisko komarów w okolicy”

-W domu pewnego kętrzyńskiego szkolnego kolegi mieszkał osobisty kierowca Hitlera Hans Baur. Był on jednym z pierwszych świadków śmierci Todta na lotnisku obok nieistniejącej już wsi Wilhelmsdorf (Wilamowo). Trumna ze zwłokami Todta została wystawiona w karolewskiej kaplicy (znajdowała się w pobliżu bloku „Świerczewski”, wyd.).

-Hitlera widziałem osobiście tylko raz. Było to latem 1943 roku. Jechałem rowerem do Krausendorf u (Kruszewiec), gdy nagle naprzeciwko pojawiła się kolumna samochodów. Zatrzymałem się i .... nagle w pierwszym samochodzie zobaczyłem obok kierowcy profil znajomej twarzy: Daszek czapki, która przypominała talerz, mocno wyciągnięty do przodu nos, sterczące wąsy, ... i nic poza tym. W drugim samochodzie, poza kierowcą nie było nikogo.

Wiosną 1944 roku zostałem powołany do wojska jako pomocnik artylerzysty. W dniu zamachu na Hitlera przebywałem na krótkim urlopie w domu rodzinnym. Tego dnia odwiedzała nas nasza babcia. Jedliśmy obiad. Nagle w drzwiach pojawił się mocno podenerwowany komendant gwardii przybocznej Hitlera, który chciał natychmiast rozmawiać z moją matką. Oboje udali się do sąsiedniego pomieszczenia. My siedzieliśmy na oszklonej werandzie przy otwartych oknach. Po nieskończenie długim oczekiwaniu przyszła mama i powiedziała: „ Na Hitlera dokonano zamachu, ...tu w Gierłoży, ... ktoś z miejscowego grona, ... zamach się nie udał.” Tu nastąpiła moja spontaniczna reakcja: „Szkoda, że się nie udał.” Na to głośno moja babcia, trzymając jeden palec ostrzegawczo przy ustach, drugą ręką wskazując na otwarte okna: „ Hermann, nasz Führer nie podlega żadnej krytyce.” A kilka sekund później dodała zupełnie cicho: „Masz rację, ale nie możesz przy otwartym oknie o tym tak głośno mówić!”

Moja siostra Carla Risch wspomina o wydarzeniach po zamachu:

„Ciała zmarłych w wyniku zamachu znajdowały się w trzech trumnach, tak jak ciało Todta ś(zginął tragicznie w wypadku lotniczym 8 lutego 1942, wyd.), w karolewskiej kostnicy. Jedną pustą trumnę wystawiono za kostnicę. Dlaczego? Może dlatego, że jeden z nich mógł być podejrzany o udział w spisku. Ranni w zamachu przebywali w bloku głównym szpitala Wehrmachtu „Jodła” ś(obecnie blok „Październik”, siedziba Technikum Mechanizacji Rolnictwa, wyd.). Po zajęciach szkolnych pełniliśmy przy szpitalu honorową wartę, której zadaniem było udzielanie natychmiastowych informacji o zbliżających się autach z gwardii przybocznej Hitlera. Aby ułatwić odwiedzającym przybycie do szpitala, w dużym pośpiechu, podczas nocnej i dziennej pracy została wyrównana oraz pokryta asfaltem droga, prowadząca od szosy węgorzewskiej do szpitala (ulica wzdłuż internatu „Warmianka”, wyd.). Stąd też ulica ta była nazywana wśród miejscowej ludności „traktem Hitlera.”

Hitler odwiedził rannych w zamachu dwukrotnie. Pierwszą wizytę Hitlera przeoczyłam, o jego drugim pobycie w Karolewie dowiedziałam się wcześniej. Otrzymałam zadanie wręczyć Hitlerowi kwiaty. Pamiętam, jak przed wejściowymi drzwiami do szpitala (blok „Jodła”) przepychałam się do niego przez tłum ciekawskich. Hitler wysiadł z samochodu wśród głośnych okrzyków ‘Heil’. Widząc, że pragnę wręczyć mu kwiaty, pochylił się nade mną, podał mi bardzo mocno drżącą lewą rękę i oznajmił: „Podaruj te kwiaty rannym żołnierzom.”

...I to był „mój wszechmocny Führer”! Teraz zobaczyłam w nim niedołężnego starca, ze zbyt dużą czapką, starczą twarzą, zmęczonymi oczyma i drżącym głosem. Moja o półtora roku starsza siostra, która przyglądała się ceremonii z pewnej odległości, opowiadała mi, że odniosła podobne wrażenie. Przez wiele powojennych lat prześladował ją strach, jaki wywołał widok jego przerażających oczu. Pamiętam, że kiedyś powiedziała: „Jak mogliśmy powierzyć nasz los temu obrzydliwemu starcowi?”