Wspomnienia żołnierza służby łączności.

W październiku 1940 r. zostałem powołany do służby wojskowej w artylerii. Od początku lutego do końca marca 1941 byłem przeszkolony na specjalistę służby łączności i odkomenderowany do Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu (Oberkommando der Wehrmacht) w Berlinie. Po dalszym przeszkoleniu zostałem 13 sierpnia 1941 r. skierowany do oddziału łączności przy głównej kwaterze Hitlera, w której pełniłem służbę do końca wojny. Zakwaterowano mnie w jednym z drewnianych baraków, który był położony w II strefie. Do skromnego wyposażenia baraku należały piętrowe drewniane łóżka, szafy, stoły, taborety oraz radio.

Do pracy udawaliśmy się do strefy I. Każdy z nas posiadał specjalną przepustkę, którą często wymieniano. Nasze książeczki wojskowe posiadały adnotacje generała Schmundta. Znajdowała się tam uwaga o konieczności wymiany książeczki na wypadek opuszczenia granic Trzeciej Rzeszy. Uzasadnienie: jako pracownicy służby łączności w głównej kwaterze Hitlera znaliśmy bardzo dużo tajemnic i w wypadku dostania się do niewoli mogliśmy być narażeni na uciążliwe i trudne do zniesienia przesłuchania.

Bunkier łączności był budowlą bez okien i składał się z trzech działów: Z jednej strony obiektu znajdowały się służby radiotelegraficzne, z drugiej dalekopisy, w środku zaś centrala telefoniczna. Ta ostatnia dzieliła się na trzy boksy: Każdy z nich posiadał po 150 gniazdek połączeniowo-rozłączeniowych. Środkowy boks, w którym pełniłem służbę służył do najważniejszych połączeń. Tu obowiązywała zasada hierarchii: połączenia z Führerem, rozmowy błyskawiczne naczelnego dowództwa, marszałka Rzeszy, Göringa, ministra spraw zagranicznych, Keitla oraz innych central dowodzenia. Rozmowy Hitlera były podporządkowane wszystkim pozostałym. Odbywały się one przez dwa „inwertery”- specjalne urządzenia kodujące. Jeden z nich znajdował się na wyjściu z centrali, drugi natomiast w centrali docelowej. Zadaniem pierwszego było zniekształcanie, swego rodzaju kodowanie treści rozmowy, drugiego zaś - przywracanie jej pierwotnego kształtu. Tego typu rozwiązanie uniemożliwiało skuteczne podsłuchiwanie rozmów na linii. Kody były codziennie zmieniane. Były one dostarczane do naszej centrali z Głównego Urzędu Poczty Trzeciej Rzeszy przez specjalnych kurierów i traktowane jako ściśle tajne.

Przypominam, że często łączyłem kwaterę główną z feldmarszałkiem von Kluge, naczelnym dowództwem Wehrmachtu, naczelnym dowództwem wojsk lądowych, urzędem specjalnym (Sonderamt) w Berlinie oraz sztabami armii na wszystkich frontach.

Hitler zdawał doskonale sprawę z tego, jak ważną rolę ma do spełnienia służba łączności. Podczas jednej z wizyt Mussoliniego - miałem wtedy służbę - przechodząc przez schron łączności Führer powiedział: „To jest najważniejszy bunkier, tu mieści się mózg całej kwatery” Niekiedy, choć było to niedozwolone i technicznie niezwykle utrudnione, miałem możliwość podsłuchiwania prywatnych rozmów Hitlera z Ewą Braun, feldmarszałka Keitla, generałów Jodla, Warlimonta, adiutantów Hitlera i inne. Do pomieszczeń wewnętrznych bunkra łączności wchodziło się przez troje oddalonych od siebie o kilka metrów metalowych drzwi. Pomieszczenia między drzwiami pełniły funkcję komór powietrznych. Mimo, że wietrzenie schronu odbywało się przy pomocy wentylatorów, w pomieszczeniach odczuwało się nieprzyjemny zaduch. Ci, którzy tu przez dłuższy czas pracowali, cierpieli na schorzenia układu krążenia. Dolegliwości te pogłębiało dodatkowo palenie papierosów i nadmierne picie czarnej kawy. Kawę, jak również wyśmienite jedzenie, dobre wina i koniaki otrzymywaliśmy od personelu kasyna i niektórych ważnych osobistości Wilczego Szańca, którzy w ten sposób odwdzięczali się nam za prywatne, w zasadzie zabronione, połączenia telefoniczne z ich znajomymi lub rodzinami.