Mój ojciec brał codziennie udział w naradach sztabowych, podczas których omawiano oraz podejmowano wstępne decyzje o działaniach na wszystkich frontach. Generałowie trzech rodzajów broni oraz jeden generał tzw. „frontu ojczyźnianego” udawali się po odbytej naradzie do Hitlera, aby tam, na naradzie głównej, w jego obecności podjąć ostateczną decyzję. Sporządzone materiały przekazywałem pod koniec każdego roku swojemu przełożonemu (był nim generał Jodl), w celu zabezpieczenia ich przed zniszczeniem w wyniku ewentualnych nalotów lotniczych. W latach sześćdziesiątych na podstawie materiałów, sporządzonych przez mojego ojca oraz jego poprzednika Geinera zostały opublikowaneś Dzienniki Wojenne.

Z opowiadań mojego ojca wiem, że kwatera Hitlera nie stanowiła nigdy „monolitu”. W jej centralnej, niezwykle hermetycznie odizolowanej od reszty przez służbę bezpieczeństwa części, rezydował Hitler z kilkoma generałami. Mój ojciec mieszkał ponad 1,5 roku w strefie drugiej, i nigdy nie przekroczył torów kolejowych, oddzielających I strefę bezpieczeństwa od reszty kwatery. Znamienne, że pełniąc dosyć odpowiedzialną funkcję, mógł zobaczyć Hitlera zaledwie dwa razy. Pierwszy raz stało się to dzięki gen. Jodlowi, którego jako swego przełożonego poprosił przy nadażającej się okazji zabrać go z sobą do miejsca, gdzie z odległości około 3 metrów mógł zobaczyć Führera. Innym razem, zupełnie przypadkowo, stojąc na poboczu drogi, zobaczył Hitlera przejeżdżającego główną szosą przez Wilczy Szaniec. Myślę, że 95% byłych mieszkańców kwatery nie miało możliwości widzenia Hitlera lub też widziało go niezwykle rzadko. Po zamachu okazja zobaczenia Hitlera stała się dla zwyczajnego mieszkańca Wilczego Szańca prawie niemożliwa. Od tamtej chwili stał się Hitler wyjątkowo nieufny, nawet wobec generałów i feldmarszałków, którzy, składając mu wizytę, musieli oddać swoją broń osobistą.

Mój ojciec, komentując sporządzony przez niego w czasie wojny materiał, a było tego ponad 1000 stron archiwalnego maszynopisu, nazwał siebie jako notariusza permanentnych katastrof. Nie musiał się wstydzić, ba! był dumny z tego, że w jego materiałach do przyszłych „Dzienników Wojennych” nie znalazło się ani jedno słowo, gloryfikujące Hitlera, jego paladynów lub też NSDAP.