Moi przodkowie zamieszkiwali w Parczu od 1529 roku. Dokładnie 400 lat później (w 1929 r.) po śmierci mojego ojca, dobra majątku zostały przepisane na mnie, jako jedynego syna. Do chwili uzyskania pełnoletności majątkiem zarządzał „generalny inspektor”.

W 1939 roku zgłosiłem się ochotniczo do odbywania służby wojskowej w 2. pułku kawalerii w Węgorzewie. Brałem udział w kampanii przeciwko Polsce, Holandii i Francji. Później, będąc elewem szkoły oficerskiej w Kampnitz, otrzymałem od mojej matki list, w którym informowała mnie, że w kętrzyńskim lesie oraz na częściowo zarekwirowanym obszarze naszego majątku Organizacja Todta przystąpiła do budowy jakichś tajemniczych obiektów.

Jesienią 1940 roku, po ukończeniu szkoły, zostałem odkomenderowany do stacjonującego w Polsce pułku, a stamtąd do pracy w charakterze celnika na granicę rosyjską. Już od pierwszych dni wojny ze Związkiem Radzieckim walczyłem na froncie wschodnim, gdzie zostałem latem 1941 roku dwukrotnie ranny. Po wyleczeniu się w jednym z wiedeńskich lazaretów skierowano mnie do pracy w naczelnym dowództwie wojsk lądowych (OKH) w Mamerkach nad Mamrami. Tu zameldowałem się u generała von Bernhuta. Towarzyszyłem mu w czasie jego licznych wyjazdów służbowych do Finlandii, Rumunii oraz Węgier.

W OKH poznałem bliżej ówczesnego majora Clausa von Stauffenberga oraz jego bliskiego przyjaciela, majora Mertza von Quirnheima, (po zamachu na Hitlera obaj zostali rozstrzelani w Berlinie w nocy z 20 na 21 lipca). Obaj posiadali duże poczucie humoru i czuli się swobodnie w towarzystwie wyższych oficerów oraz generałów. Stauffenberg zapraszał mnie kilkakrotnie na konne przejażdżki po starym mamerskim lesie. Dawał wyraźnie do zrozumienia, że nie był zachwycony sytuacją na frontach. Zapamiętałem, że wyraźnie kpił z umiejętności jeździeckich marszałka Rzeszy Göringa.

Wiosną 1942 r. zostałem skierowany do służby w wydziale operacyjnym naczelnego dowództwa wojsk lądowych. Tu należałem do grupy roboczej „Południe”. Grupa nasza zajmowała się sporządzaniem danych o sytuacji na froncie Grupy Armii Południe i nanoszeniem ich na mapy sztabowe. Codziennie o godz. 9.00 odbywała się u generała Heusingera narada robocza. W godzinach południowych zebrane informacje wraz z uaktualnionymi danymi były omawiane na naradzie głównej w odległym o 20 km Wilczym Szańcu - Głównej Kwaterze Hitlera. W tych wyjazdach towarzyszyłem często generałowi Heusingerowi oraz szefowi naczelnego dowództwa wojsk lądowych, generałowi Zeitzlerowi. Osobiście w naradach nigdy nie uczestniczyłem. Moje bardzo prozaiczne zadanie polegało na przygotowaniu map sztabowych przed rozpoczęciem narady głównej. Szef adiutantury Hitlera, gen. Schmundt dawał mi każdorazowo do zrozumienia, abym po wykonaniu tych nieskomplikowanych obowiązków, opuścił pomieszczenie narad. Wykorzystywałem tę okazję, aby udać się do starej herbaciarni, gdzie mogłem „zorganizować” sobie i moim kolegom tanie i stosunkowo dobre papierosy z Sumatry.

Bardzo często przybywałem do Wilczego Szańca w towarzystwie oficerów Wehrmachtu, którzy byli tu odznaczani przez Hitlera orderami. Zapamiętałem, jak niektórzy z nich, w trakcie jazdy do kwatery Hitlera, obiecywali sobie powiedzieć Führera szczerze o prawdziwej sytuacji na froncie, o katastrofalnym zaopatrzeniu czy też popełnianych błędach strategicznych. Nigdy nie uczestniczyłem w ceremoniach odznaczeń. Ci, którzy osobiście dostąpili tego zaszczytu, mówili mi podczas powrotnej podróży do Mamerek, że Hitler, jak gdyby przeczuwając na jakie tory może zejść rozmowa, nie dawał im możliwości wypowiedzenia się, -mało tego, po wizycie wracali w optymistycznym nastroju, będąc wewnętrznie przekonani, że trudności na frontach są przejściowe, że wojna zakończy się sukcesem. Do dzisiaj zastanawia mnie jego fenomenalna zdolność przekonywania słuchaczy.

Wielokrotnie towarzyszyłem jako ordynans generałom frontowym Kluge oraz Küchlerowi podczas ich wizyt w kwaterze Hitlera. W drodze powrotnej dowiadywałem się, co naprawdę myśleli o „naszym Führerze”. Wszelkie prośby, sugestie oraz rzeczowe argumenty i nalegania odnośnie przegrupowań, cofnięcia jakiegoś odcinka frontu, wzmocnienia dodatkowymi dywizjami itd. spotykały się najczęściej z bezkompromisową postawą Hitlera. Miast zajmować się istotnymi problemami strategicznymi, starał się niejednokrotnie zagłębić w drugorzędne szczegóły działań jakiegoś batalionu czy kompanii, podejmując przy tym zupełnie nietrafne decyzje. Na wyraźny sprzeciw mogło pozwolić sobie niewielu. Do nielicznych - o tym dowiadywałem się z późniejszych relacji - należał generał Jodl.

Pewnego razu, a zdarzył o się to tuż po klęsce stalingradzkiej, głośno wyraziłem swoje oburzenie na temat nieudolności Hitlera: „Czy znajdzie się wreszcie ktoś, kto sprzątnie tę świnię!”... Wszyscy zamilkli, zapanowała konsternacja. Po latach, często wracając myślami do tamtej nieostrożnej wypowiedzi, uświadomiłem sobie, na jakie niebezpieczeństwo naraziłem nie tylko siebie ale i moich przyjaciół. Muszę przyznać, że wśród kadry oficerskiej w naczelnym dowództwie wojsk lądowych panowała wspaniała atmosfera. Dobrze rozumieliśmy się, byliśmy z sobą bardzo zżyci, lubiliśmy się. Myślę, że w dużym stopniu należy to zawdzięczać naszemu szefowi, generałowi Heusingerowi. Był dla nas nie tylko szefem, ale przede wszystkim uczciwym człowiekiem, wiernym żołnierzem. Nas przekonywały jego rzeczowe, pozbawione wszelkiej pompatyczności, argumenty, precyzyjnie formułowane myśli oraz zdolność trzeźwej oceny wydarzeń. Jednocześnie promieniowało z niego ciepło, ojcowski stosunek do podwładnych oraz subtelne poczucie humoru.

W marcu 1944 r. zostałem oddelegowany na krótkie szkolenie dowódców kompanii w Tours (Francja). Stamtąd miałem zostać skierowany do I. Dywizji Kozackiej walczącej w Jugosławii. Krótki, zaplanowany na kilka dni urlop, spędziłem w rodzinnym Parczu.

20 lipca, około południa, czytając „Berliner Lokalzeiger”, usłyszałem w pobliskim lesie eksplozję. Pomyślałem sobie, że detonacja mogła być spowodowana przez wchodzące na pole minowe zwierzęta leśne. Pola minowe oddzielały II i II strefę bezpieczeństwa kwatery Hitlera i przebiegały po gruntach uprawnych i łąkach należących do naszego majątku. Po około 2 godzinach pojawił się inspektor (zarządca mojego majątku) i poinformował, że nasi francuscy więźniowie, pracujący na łące przy zwózce siana, zostali zatrzymani.

Motocyklem udałem się do wartowni. Tam stały już trzy samochody terenowe. W budynku wartowni zobaczyłem Ribbentropa i Göringa. Pomyślałem, że musiało stać się coś nadzwyczajnego. (kwatera Göringa znajdowała się w odległej o 80 km Puszczy Rominckiej, Ribbentrop zaś rezydował w pałacu sztynorckim). Cóż mogło sprowadzać tych gości? Dlaczego czekali w wartowni? Od jednego z oficerów dowiedziałem się, że moi francuscy robotnicy nie mogą być na razie zwolnieni, a o przyczynie ich zatrzymania będę poinformowany w odpowiednim czasie. Wieczorem dowiedziałem się z radia, że na Adolfa Hitlera dokonano nieudanego zamachu oraz o tym, że w godzinach nocnych Führer wystąpi z przemówieniem do narodu niemieckiego. Przemówienie zostało nadane około godziny pierwszej w nocy. Dowiedzieliśmy się, że zamachowcem był płk Stauffenberg. Moja matka i ja spojrzeliśmy z przerażeniem na siebie - Stauffenberg był przecież bardzo częstym gościem w naszym domu.

-Następnego dnia oczekiwaliśmy na dalszy rozwój wydarzeń. Wieczorem podjechał pod nasz dom samochód, z którego wysiadł mężczyzna w cywilu, przedstawił się jako agent gestapo i poprosił o rozmowę z moją matką. Po krótkiej wymianie zdań, oznajmił, że moja matka zostaje aresztowana celem przesłuchania w kętrzyńskiej placówce gestapo.

-Tamtej nocy nie zmrużyłem oka. Następnego dnia w godzinach przedpołudniowych odwiedziłem matkę w areszcie. Na spotkanie wyszła bardzo blada ale spokojna. Dowiedziałem się, że pytano ją przede wszystkim o gości, odwiedzających nasz dom. To potwierdziło zasadność naszego niepokoju.

W drodze powrotnej chciałem odwiedzić rannych generała Heusingera oraz pułkownika Brandta, którzy po zamachu na Hitlera przebywali w karolewskim szpitalu. Tam dowiedziałem się, że jakiekolwiek widzenie się z wymienionymi osobami jest zabronione. Po powrocie do Parcza, przy rampie naprzeciwko mojego domu, zobaczyłem terenowy samochód oraz kilku esesmanów. Zabrano mi broń, zostałem aresztowany. Po krótkim przesłuchaniu w Wilczym Szańcu, które w zasadzie ograniczyło się do spisania moich personaliów, odwieziono mnie na dworzec w Kętrzynie. Na peronie, oczekując na pociąg kurierski do Berlina, zupełnie zaskoczony zobaczyłem moją matkę w asyście gestapowców. Zarezerwowano nam wspólny przedział, dziwnie oddzielony od korytarza gazetowym papierem. Podczas podróży, która trwała około 10 godzin, nie mogliśmy zamienić ze sobą ani słowa. Wczesnym rankiem dotarliśmy do Berlina. Zbombardowane miasto wywierało przerażające wrażenie. Zostaliśmy zawiezieni na ulicę Księcia Albrechta, gdzie znajdowało się ciężkie więzienie polityczne. W dużym pomieszczeniu, w którym stał długi stół i około 20 krzeseł, zostaliśmy przyjęci przez wysokiej rangi esesmana, którego rozpoznałem po latach na zdjęciach pod nazwiskiem Gruppenführer Müller. Moja matka została wyprowadzona do sąsiedniego pomieszczenia, ja natomiast byłem przesłuchany przez owego Müllera. Interesował się przebiegiem mojej kariery zawodowej w wydziale operacyjnym w naczelnym dowództwie wojsk lądowych. Podczas przesłuchania - to utrwaliło mi się najbardziej w pamięci - rozległo się wycie syren alarmowych. W obliczu zbliżającego się nalotu lotniczego udaliśmy się do piwnicy. Tu spotkaliśmy wielu prowadzonych w kajdankach generałów.

Po nalocie ponownie zostałem przesłuchany przez pewnego urzędnika w cywilu. Wielokrotnie pytał mnie, czy znam osoby, które wyrażały swoje krytyczne uwagi o Hitlerze. Szczególnie natarczywie indagował o śmiertelnie rannego podczas zamachu płk Brandta, którego uważano za jednego z najaktywniejszych postaci spisku przeciwko Führerowi.

-Z każdym dniem czuliśmy się coraz bardziej załamani i zmęczeni. Dręczyła bezsenność. Niektórzy współwięźniowie nie wytrzymywali. Widziałem jak kilku oficerów, aby skrócić cierpienie, odłamkami szkła przecinali sobie żyły (odłamki szyb okiennych wpadały do wnętrza podczas nieustannych bombardowań lotniczych). Aby temu zapobiec, kazano nam zarówno w nocy jak i w dzień leżeć z wyprostowanymi, zakutymi w kajdany i wyciągniętymi w górę rękoma. Cały czas cele nasze były oświetlone, aby pilnujący nas strażnicy mogli na bieżąco obserwować nasze zachowanie.

W końcu października, z powodu braku dowodów mojej przynależności do spisku, zostałem zwolniony. Otrzymałem poświadczenie Głównego Bezpieczeństwa Rzeszy, że od 22 lipca do końca października byłem zatrudniony w aprowizacji na rzecz ww. urzędu.

Po zwolnieniu z więzienia skierowano mnie do dywizji grenadierów w Różanie. Ranny odłamkiem granatu przeleżałem później w jednej miejscowości na Śląsku aż do stycznia 1945 r. Stamtąd wywieziono mnie do Erfurtu. Tam spotkała mnie wielka radość - zobaczyłem się z moją matką i jeszcze żyjącą babką. Do zakończenia wojny pozostawało jeszcze tylko kilka miesięcy.