Burkhard Knapp od wielu lat jest bardzo aktywnym orędownikiem dobrych stosunków Niemców i Polaków. Za swoje zasługi został w listopadzie 1997 roku honorowym obywatelem miasta Kętrzyna, przyp. autora

W roku 1938 moi rodzice opuścili Olsztyn i zamieszkali w małym, bo liczącym zaledwie 19 tys. mieszkańców, Kętrzynie. Okolice miasta bardzo mi się spodobały. Nasz dom położony był przy ul. Hindenburga (obecnie ul. Sikorskiego, wyd.) w bezpośrednim sąsiedztwie kasyna oficerskiego oraz koszar piechoty. Otwierały się zatem przede mną i moimi nowymi kolegami niebywałe możliwości „zwiadowcze” na terenie koszar, dokąd mogliśmy swobodnie wchodzić przez dziurę w płocie. To tajne przejście wynaleźli żołnierze, aby po capstrzyku móc bezkarnie wracać do koszar.

Latem często jeździliśmy rowerami nad piękne jeziora w okolicy Kętrzyna, aby się wykąpać. Szczególnie często wyruszaliśmy do Świętej Lipki, Sterławek lub do Gierłoży nad jezioro Moj.

-Przygotowania do ataku na Polskę w 1939 r. bardzo ożywiły nasze miasto. Prusy Wschodnie były bowiem terenem koncentracji wojsk, a zatem przy wielu rodzinach w Kętrzynie i w okolicach miasta zakwaterowano żołnierzy. U nas mieszkało ich czterech. Dla nas, dzieci, były to pasjonujące czasy, bo wreszcie coś zaczęło się dziać w naszym trochę uśpionym miasteczku. Politycznym znaczeniem tych czasów nie zaprzątaliśmy sobie głowy - wiedzieliśmy, że to co robią dorośli, musi być z pewnością słuszne. Najciekawsze czasy były jednak przed nami.

Pewnego słonecznego wrześniowego dnia wybraliśmy się rowerami do „diabelskiego kamienia” nad Jez. Moj. Przy wiadukcie w Gierłoży drogę zastąpił uzbrojony żołnierz. Na nasze pytanie, dlaczego nie możemy się wykąpać, odrzekł, że w gierłoskim lesie buduje się fabrykę amunicji. Słowa żołnierza „potwierdzał” szyld, na którym widniał napis:„Zakłady Chemiczne Askania”. Żołnierz ten na pewno sam nie wiedział, co tutaj rzeczywiście powstanie. Nie byliśmy jednak zadowoleni z odpowiedzi wartownika, dlatego też kilka razy przepływaliśmy przez jezioro z przeciwległego brzegu, aby pod osłoną lasu przyglądać się prowadzonym na szeroką skalę pracom, do czasu, aż przepędzili nas stamtąd strażnicy, uprzedzając przy tym o możliwych niebezpiecznych skutkach naszej ciekawości.

My, jako „eksperci” na terenie koszar, zauważyliśmy - musiało być latem 1941 r.- , że przybył tam batalion przyboczny Führera. Wkrótce wyjaśniło się, że ma to ścisły związek z budowanymi w lesie gierłoskim obiektami, o których krążyło po mieście wiele różnych pogłosek.

Od tego momentu nasze miasto znalazło się w centrum światowych wydarzeń, ponieważ do kwatery głównej przybywało wiele osobistości. Gdy szosa i linia kolejowa były obstawione przez żołnierzy, oznaczało to, że któryś z nich miał pojawić się w Gierłoży. Leżeliśmy wtedy gdzieś na czatach, aby obserwować przybycie specjalnego pociągu, a przy tym zobaczyć niektórych z ówczesnych „wielkich”.

Samego Hitlera widzieliśmy tylko raz, gdy wraz z kolumną samochodów jechał na poligon, na którym miała się odbyć prezentacja bezodrzutowych pancerzownic (Panzerfaustów). Było to chyba jesienią 1942 r.

20 kwietnia 1942 r. grupa dziewcząt i chłopców z Kętrzyna pojechała do Wilczego Szańca, by złożyć Hitlerowi życzenia z okazji jego 53 urodzin. Ówczesna kronika filmowa i prasa informowały o tym bardzo dokładnie. Kilka zdjęć z tamtego okresu pojawiło się w powojennych niemieckojęzycznych przewodnikach po Wilczym Szańcu.

Pewnego dnia - było pod koniec listopada 1941 r. - pojawili się w drzwiach naszego domu (stał on dokładnie naprzeciwko kasyna oficerskiego) dwaj oficerowie batalionu przybocznego Führera. Spytali moją matkę, czy byłoby możliwe, aby ich rodziny mogły przesyłać na nasz prywatny adres pocztę z Berlina.

Paczki i listy, nim trafiły do rąk adresata, były zawsze skrupulatnie kontrolowane.

Oficerowie ci nie życzyli, aby listy ich młodych żon były czytane przez obce osoby. Moja matka wyraziła na to zgodę i od tej chwili kapitan R.(prawnik z Berlina) oraz porucznik B. (student medycyny z Berlina) byli naszymi częstymi gośćmi. Latem 1942 r. moja mama zaprosiła na parę dni żony obu oficerów. Zawsze przysłuchiwałem się z wielkim zainteresowaniem rozmowom prowadzonym w naszym domu, bo na ogół rozmawiano o wydarzeniach w Wilczym Szańcu, o których zwykły śmiertelnik nic nie mógł wiedzieć.

Szczególne przeżycie spotkało mnie jesienią 1943 r., gdy z powodu ukłucia jakiegoś owada, nabawiłem się infekcji i opuchlizny na twarzy. Nawet nasz lekarz domowy, dr Wegner, nie potrafił mi pomóc. Gdy tego popołudnia odwiedził nas znowu porucznik B. i ujrzał moją twarz, zabrał mnie natychmiast do lekarza jednostki, stacjonującej w koszarach. Po chwili oczekiwania pojawił się „cały sztab białych kitli” i poddał wnikliwym oględzinom moją twarz. Lekarz szczególnie rzucający się w oczy, wysoki z białą czupryną mężczyzna, wydał jakieś polecenia. -Otrzymałem wówczas dwa lub trzy zastrzyki i po trzech dniach po opuchliźnie nie było śladu. Wracając z koszar zapytałem porucznika B. o tego lekarza. Odpowiedział: „To był osobisty lekarz Hitlera, prof. Morell”. Jak się okazało, przepisał mi antybiotyki, które wówczas nie były jeszcze powszechnie dostępne.

W listopadzie 1944 r. pożegnaliśmy się „z naszymi” żołnierzami. Żaden z nich, nie przeżył wojny, wszyscy zginęli w ostatnim miesiącu wojny 1945 r. w walkach o Berlin.