Wspomnienia żołnierza.

W połowie kwietnia 1944 roku, jako osiemnastoletni żołnierz po ukończeniu szkoły artylerii przeciwlotniczej otrzymałem rozkaz zameldować się w kancelarii Rzeszy w Berlinie, aby otrzymać bilet do głównej kwatery Hitlera.

O ile sobie przypominam, byłem najmłodszym żołnierzem w 12 oddziale artylerii przeciwlotniczej. Zakwaterowano mnie w drewnianym baraku, bezpośrednio obok stanowiska artyleryjskiego w II strefie bezpieczeństwa. Służył on jako mieszkanie dla 20 żołnierzy i znajdował się w pobliżu schronu Hermanna Göringa i lądowiska pomocniczego dla samolotów typu „Fieseler-Storch” („Bocian”). Moja służba polegała na pełnieniu dwugodzinnej warty (trójkami) z czterogodzinną przerwą przez całą dobę przy jednym ze stanowisk artyleryjskich. Po dziesięciu dniach przysługiwał jeden dzień wolny. Wtedy udawałem do Kętrzyna, gdzie moją ulubioną rozrywką było kino.

Aby przekroczyć II strefę bezpieczeństwa trzeba było okazać specjalną przepustkę. Był to szaroniebieski dokument wielkości książeczki wojskowej. Na jednej stronie znajdowały się dane personalne. Nazwisko, stopień służbowy i jednostka musiały się zgadzać z danymi w książeczce wojskowej. Na odwrotnej stronie przepustka była zaopatrzona w specjalny stempel. Pierwszego dnia każdego miesiąca przepustkę wymieniano.

Hitlera widziałem tylko dwa razy z dalszej odległości, ponieważ jako zwykłemu żołnierzowi nie wolno mi było nigdy przejść z II do I strefy bezpieczeństwa.

Żołnierze przybocznego batalionu Hitlera nosili na rękawach opaski z napisem FÜHRERHAUPTQUARTIER (Główna Kwatera Hitlera). Pod koniec marca 1944 roku - w celu zachowania w tajemnicy miejsc stacjonowania jednostek specjalnych (względy bezpieczeństwa) - z opasek zrezygnowano.

Na początku lipca 1944 r. przeniesiono mnie na front wschodni, abym mógł tu zdobyć doświadczenie frontowe, którego nie miałem mieć z racji swego wieku. Zostałem przydzielony do grupy majora von Werthern.

20 lipca 1944 r. około godz. 14.00 w pobliżu Wilna dowiedziałem się o zamachu na Hitlera. Poinformowano nas, że musimy wracać do Wilczego Szańca. Około 1600 nadszedł jednak rozkaz, że pozostajemy na froncie: Hitler przeżył, sytuacja w Wilczym Szańcu miała się rzekomo unormować. Żadnych szczegółowych informacji na temat zamachu nie otrzymaliśmy.

Z powodu odniesionych na froncie ran zostałem we wrześniu 1944 roku z powrotem odesłany do Wilczego Szańca. Tu trochę się zmieniło - odpowiedzialność za wewnętrzne i zewnętrzne bezpieczeństwo w kwaterze przejął pułkownik Ernst Otto Remer. Podpułkownik Streve, wcześniejszy komendant GKH, nie miał już nic do powiedzenia. Przy wartowniach prowadzących do Wilczego Szańca stali teraz na straży obok żołnierzy z „Großdeutschland” (Wielkie Niemcy) również żołnierze SS. Ja odbywałem służbę wartowniczą w II strefie bezpieczeństwa i nigdy więcej nie widziałem Hitlera.

Pod koniec listopada 1944 r., gdy front wschodni szybko zbliżał się do Wilczego Szańca i słychać było kanonadę armat, przystąpiono do opuszczenia kwatery. Z bunkrów zostały zdjęte działa, załadowane na wagony kolejowe i przetransportowane do obrony przeciwlotniczej w pobliżu Olsztyna. -Spaliśmy przy działach. Jeśli w ogóle można było myśleć o śnie, to tylko w pozycji siedzącej. Gdy mieliśmy trochę szczęścia, mogliśmy się umyć w wiadrze wody. Brakowało żywności, zazwyczaj jadaliśmy chleb oraz ziemniaki z łupinami.

Batalion przyboczny Führera został powiększony do wielkości dywizji i 16 grudnia 1944 r. przerzucony na front zachodni (ofensywa ardeńska). Dowództwo należało teraz do generała brygady Otto Remera, wcześniejszego komendanta kwatery Hitlera. Już jako dywizja walczyliśmy jeszcze na wielu odcinkach frontu. 22 kwietnia 1945 r. niedaleko Berlina dostałem się do rosyjskiej niewoli - miałem wtedy 19 lat - i jako jeniec musiałem przez pięć lat pracować w rosyjskiej niewoli w Saratowie.