Moja jazda ze Stauffenbergiem w dniu zamachu

...Od września 1939 roku byłem kierowcą w naczelnym dowództwie wojsk lądowych (OKH), którego siedziba od 24 czerwca 1941 do 20 listopada 1944 r. znajdowała się w Mamerkach nad Mamrami. Do moich zadań należała obsługa ruchu kurierskiego między OKH a główną kwaterą Hitlera w lesie kętrzyńskim.

Bywałem więc w Wilczym Szańcu bardzo często. Najbardziej utrwalił mi się dzień zamachu na Adolfa Hitlera, dokonanego przez płk Clausa von Stauffenberga w dniu 20 lipca 1944 r. O osobistych przeżyciach tego dnia nie zapomnę nigdy. Był to bardzo upalny dzień, w dosłownym, jak i przenośnym tego słowa znaczeniu.

Około godz. 8.00 otrzymałem rozkaz: O godz. 10 stawić się samochodem na lotnisku kętrzyńskim, przywieźć płk Stauffenberga do Wilczego Szańca, a po naradzie odwieźć na lotnisko.

Przygotowałem do tego celu mercedesa i o godz. 8.30 wyjechałem na lotnisko, dokąd przybyłem około godz. 9.45.

...Pułkownika hrabiego Clausa Stauffenberga miałem okazję poznać bliżej przed tym pamiętnym dniem. Trzykrotnie odwoziłem go z Mamerek na lotnisko kętrzyńskie, na odlatujący stamtąd samolot kurierski do Berlina. Cieszyłem się, że po dłuższym niewidzeniu mogłem go ponownie zobaczyć. Należał do nielicznych oficerów, którzy chętnie nawiązywali ze mną rozmowę. Wydaje mi się, że był on bardzo pogodnego usposobienia. O czym właściwie mógł rozmawiać płk z prostym żołnierzem? On potrafił jednak znaleźć temat. Rozmawialiśmy o samochodach, koniach, pogodzie. Stauffenberg lubił szybką jazdę. Jakże mogłem mu nie pokazać tego, co potrafiłem! Pewnego razu, zmierzając na lotnisko, przyspieszyłem, jadąc na granicy dużego ryzyka bezpieczeństwa. „Młody człowieku, może jednak wolniej, chcę cały dojechać do lotniska”- oznajmił zaniepokojony Stauffenberg.

...Pamiętnego 20 lipca dwuśmigłowy samolot wylądował na lotnisku około godz. 10.00. Jako pierwszy wysiadł gen. Stieff, tuż po nim płk Stauffenberg oraz jego adiutant. Generał Stieff odjechał stąd innym samochodem bezpośrednio do OKH, natomiast Stauffenberg ze swoim adiutantem - obaj mieli teczki - skierowali się w kierunku mojego mercedesa, przywitali się i zajęli miejsca. Skąd mogłem przypuszczać, że w teczkach obu oficerów były ładunki wybuchowe?

W drodze do kwatery Hitlera, zwykle rozmowny Stauffenberg, ani razu się nie odezwał. Około 10.35 podjechaliśmy do wartowni zachodniej. Tu nastąpiła krótka kontrola dokumentów. Po 800 m zatrzymałem się przy kasynie oficerskim, gdzie obaj oficerowie szybko zjedli śniadanie. Stąd udaliśmy się do ostatniej, tzw. oficerskiej wartowni, prowadzącej do centralnej, najbardziej strzeżonej części kwatery. Po dosyć gruntownej kontroli dokumentów otrzymaliśmy pozwolenie na wjazd. Podjechaliśmy pod barak feldmarszałka Keitla. Tu obaj opuścili samochód. Stauffenberg polecił, abym czekał, sam zaś udał się do wnętrza baraku Keitla. Pomyślałem, że tu odbędzie się narada wstępna. Było około godz. 11.20. Tuż po 12.00 widziałem wychodzących z baraku Keitla kilku generałów oraz oficerów. Pomyślałem, dlaczego nie ma wśród nich Stauffenberga. Widziałem, jak od strony północnej udawał się w kierunku baraku narad Hitler. Szedł razem z psem Blondi, głaskając go od czasu do czasu. Tuż przed wejściem do środka budynku przekazał psa jego opiekunowi. Dopiero w tej chwili zauważyłem Stauffenberga, opuszczającego barak Keitla. Towarzyszyło mu kilku oficerów sztabowych. Wszyscy szybkim krokiem udali się w kierunku baraku narad.

Po około 10 minutach Stauffenberg opuścił barak i szybko zmierzał do mojego samochodu. „Szybko załatwił swoje sprawy”, pomyślałem. Jeszcze bardziej zdziwił mnie fakt, że szedł bez teczki. Nie odważyłem się zapytać, dlaczego. Sprawą prostego żołnierza było nie stawianie pytań, ale wykonywanie rozkazów. Szybko więc otworzyłem drzwi. Stauffenbeg zajął miejsce z przodu, jego adiutant zaś siedzenie tylne. Padł krótki rozkaz: „ Proszę szybko na lotnisko!”. Po kilku sekundach uniósł się szlaban pierwszy, a kilka minut później, już na posterunku oficerskim, nastąpiła krótka kontrola dokumentów. Po ca 800 metrach dalszej jazdy przybyliśmy do wartowni zachodniej, gdzie nastąpiła ostatnia kontrola dokumentów. Żołnierz pełniący służbę przejrzał dokumenty i udał się do wnętrza budynku. Widziałem, jak tam krótko z kimś telefonicznie rozmawiał. Jednak i tym razem szlaban uniósł się w górę. Teraz Stauffenberg poprosił o szybką jazdę. To było wszystko, co powiedział podczas jazdy na lotnisko. Około godz. 13.00 przybyliśmy na miejsce. Kapitan stał przy drzwiach samolotu. Widać było, że oczekiwał pasażerów. Wysiadając Stauffenberg szybko podziękował i razem z adiutantem szybkim krokiem udał się do samolotu. Po kilku minutach obaj moi pasażerowie byli w drodze powrotnej do Berlina.

Wieczorem, tego samego dnia, dowiedziałem się o zamachu na Führera. W pierwszych komunikatach radiowych o zamachu nie wymieniano nazwiska zamachowca. Przypuszczałem jednak, że to mój pasażer mógł dokonać tego zamachu, że to on właśnie chciał zgładzić tyrana.

Około godz. 20.00 zostałem aresztowany i przesłuchany przez gestapo. Tego samego wieczora zwolniono mnie z powodu braku jakichkolwiek dowodów o moim współudziale w spisku. Tak mimowolnie stałem się „współaktorem” pamiętnych wydarzeń z 20 lipca 1944 roku.

*Od autora: Relacja Karla Fischera o wydarzeniach z 20 lipca była kilkakrotnie emitowana przez niemieckie stacje telewizyjne. W naukowych opracowaniach prof. dr Hoffmanna, jednego z najbardziej skrupulatnych badaczy przebiegu wydarzeń w dniu zamachu na Hitlera, wymieniony jest niejaki Erich Kretz, jako osoba, wioząca Stauffenberga na lotnisko. W prywatnej rozmowie z autorem niniejszej publikacji, prof. Hoffmann jednoznacznie podważa prawdziwość powyższej relacji Karla Fischera.