Moje wspomnienia o 20 lipca 1944 r.

Urodziłem się 1 sierpnia 1932 r. w Kętrzynie. Na początku 1933 r. moi rodzice przeprowadzili się do Wuppertalu. We wrześniu 1940 r. ewakuowano nas - moją matkę, mnie oraz mojego młodszego brata - do Eichmedien/Nakomiady (miejscowość położona w odległości 10 km na południe od Kętrzyna, wyd.). Od września roku 1942 do 29 października roku 1944 uczęszczałem do szkoły im. Księcia Albrechta w Kętrzynie. W tym czasie mieszkałem w internacie przy ulicy Seeweg 1a (obecna ul. Jeziorna, wyd.).

20 lipca 1944 ok. godz.16.00, w czasie obowiązkowej nauki własnej, do internatu przyszedł nasz wychowawca, ubrany w brunatny mundur. Oznajmił ochrypłym głosem: „Dzisiaj w kwaterze głównej dokonano tchórzliwego zamachu na naszego Führera, Adolfa Hitlera. Dzięki Opatrzności nasz Führer został tylko lekko ranny. Wśród uczestników narady były jednak ofiary śmiertelne i wielu ciężko rannych. Przywódcą i zamachowcem jest niejaki płk hrabia Stauffenberg. Jestem przekonany, że za nim kryje się jeszcze inna tchórzliwa hołota. Ale niemiecki naród nie spocznie, dopóki nie zlikwiduje wszystkich tych szubrawców. Dowodem tego, że nasz Führer został tylko lekko ranny, jest fakt, że jeszcze dzisiaj spotka się w kwaterze głównej z Mussolinim”. Na zakończenie odśpiewano „Deutschland, Deutschland über alles”.

Następnego dnia, 21 lipca, krótko przed zakończeniem zajęć, odczytano w naszej klasie polecenie, zgodnie z którym wyznaczeni uczniowie mieli się stawić o godz. 14.00 w mundurach Hitlerjugend na dziedzińcu szkoły ogrodniczej (Hippel-Schule). Wśród wymienionych było także moje nazwisko. Wyznaczeni uczniowie mieli pójść do szpitala, w którym przebywali ranni w wyniku zamachu i przekazać im w imieniu „całego narodu niemieckiego” życzenia powrotu do zdrowia. W wyznaczonym czasie pojawiliśmy się - około 30 chłopców - na dziedzińcu szkoły i pomaszerowaliśmy do szpitala. Tam, podzieleni na grupki, otrzymaliśmy kwiaty i upominki. Do sali chorych, o ile sobie dobrze przypominam, był to dwuosobowy pokój, poprowadził nas oficer SS. Po nazistowskim powitaniu dano nam znak, byśmy zbliżyli się do chorych. Do dzisiaj nie wiem, komu było nam dane uścisnąć dłoń: trema nie pozwoliła zapamiętać szczegółów: W pamięci pozostały jedynie biel plastrów i bandaży. Ranni w zamachu dali nam wyraźnie odczuć, że bardzo ucieszyli się z naszej wizyty. My z kolei odebraliśmy to jako wiellki zaszczyt i wyróżnienie.